[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
REKLAMA
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
4.5

Zdaniem Obrockiego: Nowe egzaminy na prawo jazdy

Zbliżają się bardzo ważne wybory do parlamentu, więc władza musi pochylić się nad problemami najbardziej sfrustrowanych grup wyborców. Wśród bardzo wściekłych i wkurzonych jest potężna grupa ludzi uporczywie, ale bezskutecznie zdająca egzamin na prawo jazdy. Ma im być troszkę lżej.

Stan obecny jaki jest każdy widzi. I do ideału, a nawet zwykłej normalności, mu daleko. Ludzie całkiem dobrze przygotowani nie zdają za pierwszym razem. Jedni podchodzą pięć, a inni nawet kilkanaście razy. Podejrzenie, że jesteśmy krajem idiotów słabo koresponduje z rzeczywistością, bo ci sami ludzie bez kłopotów zdają różne inne egzaminy w kraju i za granicą. Nawet niełatwy egzamin żeglarski większość ludzi zdaje za pierwszym razem. Egzaminy na prawo jazdy mają wyniki zdumiewające. Pasuje tu stare porzekadło, że jak nie wiadomo o co chodzi to najczęściej chodzi o kasę.

I tak jest w rzeczywistości, a wyniki badań Najwyższej Izby Kontroli taki stan potwierdzają. Tzw. WORD-y (Wojewódzkie Ośrodki Ruchu Drogowego) mające wyłączność (!) na egzaminowanie kierowców, żyją z oblewania zdających kandydatów. Biznesowo idea jest prosta - za napisanie testu teoretycznego kursant płaci 30 zł, a za jazdę praktyczną aż 140 zł. WORD-y muszą na siebie zarobić, a nadwyżkę wpompować w Urzędy Marszałkowskie, którym podlegają. Żeby zarobili i egzaminatorzy (mają płacone od łebka) i firma należy dziennie mieć kursantów jak najwięcej. Zwłaszcza na części praktycznej, bo jest lepiej płatna. Żeby zwiększenie liczby zdających dało mocny efekt finansowy należy kursantów oblewać jak najszybciej, czyli już w pierwszych minutach jazdy. Wtedy szybko można wsadzić za kółko następna osobę. Zdarzają się "niestety" kursanci rzeczywiście świetnie przygotowani i dobrze jeżdżący. To zmora spieszącego się egzaminatora. Jednak na wszystko są sposoby. Sprytne i delikatne, bo egzaminy są filmowane. Tyle, że nie chodzi o grube numery typu jazda na czerwonym świetle, bo to widać, ale mięciutkie i nie do podważenia - typu jazda nieprzygotowanym samochodem, bo pan instruktor specjalnie nie domknął drzwi czy zła proporcja hamowania silnikiem i głównymi hamulcami, chociaż oczywiście żadne przepisy tego nie regulują.

REKLAMA

Jeszce gorzej wyglądają w tym temacie nie skutki zewnętrzne, czyli niezdane egzaminy, ale samo sedno sprawy, czyli umiejętności świeżo upieczonych kierowców. A są bardzo niskie. Powód prosty - cały cykl szkolenia nie jest nastawiony na naukę jazdy, bo nikogo formalnie umiejętności kierowcy nie obchodzą, ale na opanowaniu przez kursanta sztuczek i zachowań związanych wyłącznie ze zdaniem egzaminu i zapamiętaniu konkretnej trasy egzaminacyjnej. Państwowy egzaminator wie, że zbyt wczesne przepuszczenie zdającego kierowcy to strata dla instruktora, dla WORD-u i dla Urzędu Marszałkowskiego. Czyli w sumie karalne działanie na szkodę własnej firmy. Życzliwy i uczciwy egzaminator to ekonomicznie potrójny idiota. System działa precyzyjnie i skutecznie, bo pomimo filmowania egzaminów kursant dobrze wie, że próby odwoływania się od złego wyniku i tak skończą się dla niego źle. Po prostu nie zda nigdy.

Taki sposób egzaminowania wywołał też zupełnie nowe bardzo złe i rosnące zjawisko społeczne. Otóż ci, którzy dobrze jeżdżą, a nie mogą zdać egzaminu, z następnych prób rezygnują i zaczynają używać samochodu codziennie, świadomie, tyle, że bez prawa jazdy. Pomysł wydaje się roztropny, bo drogówkę łatwiej spotkać za biurkiem w papierach, niż w radiowozach, a mandat "za niemanie" prawa jazdy jest dużo tańszy, niż bolesna seria egzaminów i w tej grupie kierowców nie skutkuje odebraniem prawa jazdy.

Teraz przed wyborami szczegółowe zasady egzaminowania znowelizowano. Od nowego roku egzaminator będzie mógł dziennie przeegzaminować tylko 9 osób poświęcając każdej godzinę! Jak kogoś szybko obleje będzie musiał na następnego oczywiście czekać. Dochody egzaminatorów zmaleją. Niektórzy już zapowiadają, że mają inne zawody i odejdą. Więc kolejki egzaminacyjne wydłużą się znacznie. W wielu miejscach mogą być porównywalne z kolejkami do lekarza. Co wyśmienicie zatuszuje bałagan w służbie zdrowia. A chorym i zdającym wyrówna szanse. Żeby było sprawiedliwie.

Zobacz także: pierwsza jazda nowym elektrycznym Renault ZOE

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij